O autorze
Taka Sobie Matka, całkiem niczego sobie żona, sama sobie pani, ster i okręt (pękata, sunąca powoli barka raczej niż śmigły uwodziciel fal). Zwolenniczka macierzyństwa przez małe m i życia przez duże Ż.

Jak powinna wyglądać wizyta u pediatry.

Wikipedia
Za każdym razem, kiedy muszę iść po coś do naszej rejonowej przychodni, trafia mnie szlag. Kiedy widzę te tłumy matek z tłumami dzieci pod gabinetem z kobietą, z którą z wielu powodów nie mam o czym rozmawiać, a która szczepi moje dzieci, bo jest najbliżej, mój szlag kulminuje. Kiedy pod tym gabinetem widzę dzieci naprawdę chore, zmartwione matki, które przyszły po faktyczną poradę, mam stan przedzawałowy.

I zawsze się zastanawiam: może one wszystkie nie wiedzą, jak powinna wyglądać wizyta u pediatry? Może tak chodzą tam, bo nie mają pojęcia, bo nie wyobrażają sobie inaczej? Ja na przykład nie miałam pojęcia i nie wyobrażałam sobie. Przeczuwałam, że coś jest nie halo, ale nie wiedziałam co. Teraz już wiem, to się podzielę.

Weźmy taką wizytę kontrolną, rozwojową niemowlęcia, taki rutynowy ogląd zdrowego dziecka na przykład przed szczepionką. Wiesz, jak to powinno wyglądać? Lekarz się wita. Z tobą, z dzieckiem. Każe usiąść. Pyta, czy coś cię niepokoi. Cokolwiek. Czy czegoś nie wiesz, czy coś ci się wydaje nie takie. Słucha. Zapamiętuje. Pyta o dietę, nawyki, spanie. SŁUCHA, patrząc na ciebie. Prosi o rozebranie dzieciaka.

Małe leży na plecach, w pieluszce. Lekarz chwilę, paręnaście sekund, mu się przygląda, pozwala poruszać swobodnie, obserwuje zachowanie. Potem delikatnie macha jego rączkami, rozciąga je, góra/dół, na krzyż – sprawdza napięcie mięśniowe. Odwodzi nóżki, ogląda stópki (odruchy niemowlęce i bioderka). Delikatnie naciska brzuszek – palpacyjnie kontroluje narządy wewnętrzne. Osłuchuje (nie tylko płuca, ale też serce i pracę układu pokarmowego). Sprawdza dokładnie wnętrze pieluszki. Przechodzi wyżej, niby mimochodem kontroluje węzły chłonne w pachwinach i pod żuchwą, cały czas sprawdza stan skóry. Patrzy w oczy. Zagląda światełkiem do nosa i uszu. W końcu, w szybkiej, skupionej sekundzie (bo dzieci tego nie lubią) sprawdza jamę ustną – gardło, zęby, pleśniawki, język. Ciemiączko. Odwraca dziecko.


Znów to samo. Chwila swobodnego ruchu. Odruchy. Osłuchanie. Jeśli dziecko już chodzi, niech się jeszcze przejdzie, a potem przebiegnie na bosaka. A teraz do taty, szybciutko, na paluszkach (koślawość, szpotawość, kolanka). W końcu pomiary: długość, klatka, głowa. Waga, koniecznie nago (fakt, że pielucha może przyjąć do pół litra płynu i że pół kilo różnicy przy niemowlaku to sporo, wykoncypowałaś sama, ale jak zapytałaś, to przecież pani doktor w przychodni powiedziała, że nawet bodziak może zostać). Zalecenia, rozszerzanie diety, witaminki, kiedy była ostatnia morfologia? To zrobimy. Morfologię i mocz, najtańsze badania, podstawa wszystkiego. Wyniki jak zwykle smsem, jak już będą. Do zobaczenia za dwa miesiące. Pozdrawiam.

Jak to wygląda u mnie w przychodni? Kobieta najchętniej nie wstawałaby zza biurka. Kiedy mówię, że dziecko ma gorączkę, po osłuchaniu (stetoskop przykłada dwa razy z przodu i trzy z tyłu) i zajrzeniu mu do gardła, stwierdza, że to przeziębienie. O uszach zapomina. Nie wie, jak Pierwszy chodzi, gdzie ma przesuszoną skórę, nie wie, czy pod ubraniem nie ma trzeciej nogi. Bo nigdy go nie rozebrała. Kiedy Drugiej przez pierwszy miesiąc obwód główki nie rośnie ani o milimetr (powinien koło 3-4 centymetry), nie drga jej nawet brew. Całe szczęście drga pielęgniarce – po jej n a l e g a n i a c h pomiar zostaje powtórzony – okazuje się, że miarka się przekręciła. Tym razem.

Pierwsza wizyta u normalnego (to ważne! nie cudownego, wspaniałego, niesamowitego – u takiego j a k i m p o w i n i e n b y ć) pediatry w moim przypadku trwała godzinę (teraz mieśmy się w czterdziestu pięciu minutach), kosztowała 80 zł i zostawiła niezacieralne ślady na psychice. Wyszłam z gabinetu oszołomiona. Nic dziwnego – na raz dowiadujesz się, że dobrze by było nosić małego równo na obu rękach, żeby wyrównać napięcie, bo lekko się skręca (i najprawdopodobniej dlatego płacze, a nie dlatego, że to normalne u dzieci, patrz, nie jesteś chora psychicznie), że to coś za uchem (a, miałaś zapytać, zapomniałaś!) to ciemieniucha i nie ma się co przejmować, że może trzeba będzie podciąć wędzidełko pod językiem, ale pewnie się wydłuży, że wodniaczek (jaki wodniaczek?!) jest naprawdę niewielki i najpewniej sam się wchłonie, ale naczyniaka (?!) trzeba będzie obserwować, bo wprawdzie jest niegroźny, ale w głupim miejscu.

Wiesz, co jest najgorsze? Nie byłaś u doktora Hausa. Twój potomek nie przeszedł serii najnowszych, kosmicznych fancy badań. Jak się tak dobrze zastanowić, to wychodzi na to, że jedyne, co zrobiła ta magiczna kobieta z innego świata to wysłuchanie ciebie i DOKŁADNE, UWAŻNE OBEJRZENIE DZIECKA. Nic więcej. Nic więcej nie trzeba. Tylko że nikt wcześniej jakoś na to nie wpadł.

Kiedy mija pierwszy wstrząs, zaczyna narastać furia.

Dobra, wiem, że pediatra z NFZ ma dziesięć do piętnastu minut, nie czterdzieści. Nie oczekuję, że będę mogła wysłać mu zdjęcie wysypki mmsem, żeby od razu wiedzieć, czy to coś pilnego, ani że ktoś przyjmie mi dziecko o 12 w nocy – od tego mam Ją. Ale nie dajcie sobie wmówić, że w te dziesięć nie można na dziecko spojrzeć. Skupione macanie, szybkie i pobieżne, ale jednak, trwa właśnie tyle. Nawet hightech światełka nie trzeba, bo małe dzieci mają wszystko krótkie.

Wymagajcie patrzenia. Pytajcie. Niech wiedzą, że wiecie, jak to powinno wyglądać.

TSM

P.S.: Jestem też tu.
Trwa ładowanie komentarzy...