O autorze
Taka Sobie Matka, całkiem niczego sobie żona, sama sobie pani, ster i okręt (pękata, sunąca powoli barka raczej niż śmigły uwodziciel fal). Zwolenniczka macierzyństwa przez małe m i życia przez duże Ż.

"Kiedyś to tych wszystkich alergii nie było"

Fot. wavebreakmediamicro / 123RF Zdjęcie Seryjne
Uwielbiam wczesnoporanne autobusy, szczególnie jesienią – telepiące się miarowo, dostojne, sapiące niespiesznie. Choćbym nie wiem co sobie obiecywała zrobić przez te ostatnie pół godziny przed pracą, prawie zawsze zagapiam się w okno i odpływam, kołysana strzępkami bajek dla dużych dzieci.

- Pani, tak, narzekają tak, a za komuny to było, nie to co teraz, wie pani, człowiek to wszystko miał… Słucham? A nie, jadę sobie tylko tu do Biedronki, blisko, pesto muszę kupić, Andrzejkowi się zachciało…
- Panie, a skąd on na to auto ma, jak pan myśli? Taa, zarobił!... Panie, bujać to my, a nie nas…
- Pani, ja tam nie wiem, kiedyś to tych wszystkich alergii nie było, nie słyszało się, dzieciaki wszystko jadły, a teraz, paaaaani, tego nie, tamtego nie, wymysły takie…

Uśmiecham się w półśnie.

No, kiedyś alergii nie było. Żywoczerwone, piekące placki w zgięciach łokci i pod kolanami, które z krótkimi przerwami szły ze mną przez całe dzieciństwo i większość pięknego okresu dojrzewania, były więc wszystkim, tylko nie alergią. Rozlanymi śladami po ukąszeniach na przykład (swędzenie się zgadza? zgadza). Potówkami. „Jakąś” egzemą. Barszczem Sosnowskiego (sic!). Przez krótką chwilę łuszczycą nawet. Moja biedna mama z bezsilności człowieka pozbawionego wujka gugla za którymś razem zgodziła się z najczęstszą z diagnoz i uwierzyła, że „taka moja uroda”.

Kiedyś alergii nie było. Dlatego nauczyłam się z moją skórą żyć, słuchać jej i z godnością przeczekiwać ataki. Musiałam się przyzwyczaić, że czasem po w-fie (pot!) skóra pęka do krwi, a latem ciężko jest się poruszać, bo na pieczenie nie pomaga żadna z domowych metod ani drogeryjnych specyfików. Nie mówiąc już o wizualnej stronie problemu. Całe szczęście zawsze miałam twardy tyłek, sensownych znajomych i nie wiązałam wielkich nadziei z walorami estetycznymi moich kończyn.


Słowo na A pojawiło się znienacka, kiedy w ostatnim akcie desperacji (podczas któregoś nasilenia naprawdę nie byłam w stanie chodzić) mama zdobyła gdzieś tajny adres dermatolożki-znachorki, stupięćdziesięciokilowej kobiety bez wieku, która na moje czternastoletnie oko wyglądała jak powolna ropucha. Wystarczyło jej jedno uniesienie błoniastej powieki, żeby wybulgotać „taka prosta alergia!”, zalecić unikanie długich kąpieli, szorstkich ręczników i nabiału, zapisać sterydową maść robioną i tym samym dotknięciem czarodziejskiej brodawki w tydzień zakończyć moje wieloletnie cierpienia.

Nawet wtedy jednak nie padła nazwa, która dzisiaj jest codziennością na placach zabaw. W każdej wyprawce dla noworodka jest tyle informacji o atopowym zapaleniu skóry, że czujesz się niemal głupio, jeśli twoje dziecko jest… hm… gładkie jak niemowlę. Rodząc Pierwszego, przez osmozę wiedziałam więcej o AZS niż moja rodzicielka zebrała po latach żmudnych dociekań. Niestety, okazało się to przydatne, bo już wiem, że mały odziedziczył po mnie skłonność do zmian atopowych – na razie dzięki bogu bardzo sporadycznych i nieuciążliwych.
Kiedy zaproponowano mi przetestowanie kosmetyków marki DEMSA, zgodziłam się więc, bo czuję się podwójnie kompetentna – jako dorosła osoba z atopią w remisji i jako matka dwóch potencjalnych atopików.

Seria TOPIC, przeznaczona dla dorosłych i dzieci od szóstego miesiąca życia, jest podzielona na dwie linie, „na co dzień” i „na zaostrzenia”. Te pierwsze można traktować jako normalne produkty do codziennej pielęgnacji skóry bardzo suchej w okresach wyciszenia objawów, te drugie – w czasie nasilenia zmian. Choć podział taki się narzuca, używane przeze mnie dotychczas kosmetyki przeznaczone dla skóry atopowej nie występują w dwóch rodzajach.

Wszystkie produkty, mimo braku substancji zapachowych (nie mają też barwników), dzięki naturalnym składnikom pochodzenia roślinnego bardzo delikatnie, ale jednak pachną – dla mnie to ważne, bo rzeczy zupełnie bezzapachowe kojarzą mi się z maścią, a nie z relaksem w łazience. Preparat do mycia nie pozwala na kąpiel w bąbelkach, bo pieni się umiarkowanie (substancje spieniające często bywają również drażniące), za to ewidentnie odżywia skórę. Świetny jest Krem do ciała – nietypowa dla balsamu czy mleczka konsystencja dość gęstej pasty sprawia, że jest bardzo wydajny i że łatwiej jest posmarować nim dziecko.

Rozprowadzony na skórze natychmiast się wchłania, tworząc cienką, zupełnie nietłustą warstwę ochronną. Spodobał mi się na tyle, że zażyczyłam sobie na Gwiazdkę krem do twarzy na próbę.
Serii „na zaostrzenia” aktualnie na szczęście nie potrzebujemy, ale warto ją mieć pod ręką - Intensywny balsam łagodzący swędzenie stosowany miejscowo pomoże zasnąć (świąd zwykle nasila się wieczorami i wywołuje niepokój). Można go też używać jako środka kojącego podrażnienia po ukąszeniach owadów – to tak w razie gdyby ktoś z rodziny nadal twierdził, że alergie nie istnieją…

TSM
Wpis powstał we współpracy z firmą USP Zdrowie


P.S.: Jestem też tu.
Trwa ładowanie komentarzy...