O autorze
Taka Sobie Matka, całkiem niczego sobie żona, sama sobie pani, ster i okręt (pękata, sunąca powoli barka raczej niż śmigły uwodziciel fal). Zwolenniczka macierzyństwa przez małe m i życia przez duże Ż.

W trosce o BMI niemowlęcia. Tego bez siusiaka

Dzieci moje należą do gatunku żyrtych. Żrą w sensie, nie jedzą. Wszystko. Zawsze.

Szpinak nie szpinak, rukola nie rukola, sosy koperkowe, kefiry, jabłka, ogórki kiszone, szynki, jajecznice, marchewki z groszkiem i groch z kapustą (Druga jeszcze nie, a by chciała), zupy i drugie dania, na zimno i na ciepło, na surowo, duszone, dopieczone i rozgotowane. Nic im nie przeszkadza, nawet kompletny brak uzębienia – pierwsze jedynki, wyrosłe odpowiednio w jedenastym i dziesiątym miesiącu życia, witali oboje doskonale rozciamkanym chlebem z pomidorem. Ze skórką. I wędliną ojca, bo ich własna wiecznie magicznym sposobem kończy się pierwsza.

Cecha ta, jak żadna inna, powodowała całkowicie dla mnie niezrozumiałe powodzie zachwytu u starszych krewnych i znajomych. Pierwszy mógł im zatańczyć sambę ze szpagatem na końcu, ale liczyło się tylko jak on ładnie je. Nie wiem, jak się je nieładnie; nie potrafiłam nigdy poczuć się specjalnie dumna z powodu faktu, że mój syn wpieprzyłby trawę, gdybym mu ją położyła na talerzyku.

Kiedy próbowaliśmy ograniczyć robienie z małego tucznej gęsi, napotykaliśmy na ścianę. Nie chodziło już nawet o ten cukier, ale o ilości – w końcu doszło do tego, że musiałam dorosłym (i rozsądnym wydawałoby się) ludziom rozłożyć na stole wszystko, co mu dali w ciągu godziny, żeby naocznie uzmysłowić im, że mu się to po prostu fizycznie nie mieści w żołądku wielkości piąstki. To desperacja była, czułam się jak pani z jakiegoś taniego programu z tefałenu. Poskutkowało na chwilę, potem wróciliśmy do starego repertuaru: przesadzacie / przecież on musi mieć siłę, żeby rosnąć / dzieckiem jest jeszcze, dzieci muszą jeść / ale patrz, jak on patrzy / a jaki ma być, chudy?


Druga poszła w ślady brata, nastawiałam się więc na kolejną batalię o pięć (nie pięćdziesiąt pięć) posiłków i wodę. I zdziwiłam się. Potem bardziej. A potem dostałam szału.

Przy pierwszym no no, ale wsuwa, mała grubaska nasza szybko wypchnęłam czerwoną lampkę ze świadomości. Pewnie do niego też tak mówili, coś tam mi się wydaje, nie pamiętam przecież wszystkiego. Przy no, uważaj, będziemy cię musieli odchudzić tłumaczyłam instynktowny niepokój osobniczym przewrażliwieniem na słowa, które mocno utrudnia mi kontakty z resztą świata w sprawach wychowawczych. Przy no, ładnie zajadasz, ale może już wystarczy, bo przecież musisz być śliczną smukłą dziewczynką zagotowało się we mnie.

Nie zamieszam na blogu zdjęć moich potomków: TST się sprzeciwia, ja mam stosunek zbyt ambiwalentny, by walczyć. Zrobię teraz wyjątek, bo najwyraźniej coś nie styka. Patrzcie.



Oto moje dziecko uchwycone tuż po skończeniu jedenastu miesięcy. Które? – zapytacie, i będzie to pytanie ze wszech miar słuszne, bowiem wszystkie dzieci w tym wieku wyglądają (szczególnie bez twarzy;>) tak samo. A ja, pomna nowych doświadczeń, odpowiem: to, dla którego faktycznie lepiej byłoby już trochę zrzucić.

Mam tendencję do zaciemniania obrazu słowem, więc tym razem zapytam tak wprost, jak umiem: czy ja jestem nienormalna, że wydaje mi się absurdalne przykładanie do niemowlęcia miarki mierzącej atrakcyjność dorosłej kobiety? Że w ogóle zajmowanie się atrakcyjnością dziecka wydaje mi się trochę nie tego? Co mi da wtłaczanie tego robaka, co na razie sika z radości, bo mu się udało zaklaskać i zrobić papa, w formę o wymiarach 90-60-90? Pal licho mi – co jej to da? Bo może coś, może ja czegoś nie widzę, czegoś po chamsku nie kumam? No i w końcu – czemu (tak, proszę państwa, jak najbardziej feministyczny ból dupy) nikt nie zajmował się figurą rocznego Pierwszego, dlaczego jemu nikt nigdy nie kazał się hamować?

Wiem, że kiedyś Druga z dziewczynki przeobrazi się w kobietę, wiem, że to zawsze będzie za wcześnie. Pamiętam (i zmuszam się do przypominania sobie o tym tym częściej, im bardziej upływający czas czyni to nieprawdopodobnym), jakim totalnym dzieckiem byłam, kiedy miałam dwanaście lat i jak ledwie rok później świadomie i dobrowolnie robiłam rzeczy, o których nie marzyło się filozofom, a już na pewno nie – świeć panie nad jej spokojnym snem – Wielkiej Matce. Zdaję sobie sprawę, że ta przyszła kobieta może chcieć wpisać się w różowo-cukrową narrację, której nie lubię i nie rozumiem, że może będzie grała główną rolę w tym filmie o księżniczkach, który zawsze mierził mnie tak potwornie, że do dzisiaj zadaję się prawie wyłącznie z trolami. Że może w przeciwieństwie do mnie będzie kobieca przez dokładnie takie K, jakie każe jej nakreślić Twój Styl czy inny Glamour, nic w tym złego w sumie. Że może – to już gorzej – mimo usilnych naszych starań wyrośnie po prostu na kolejną tępą dzidę, mało to ich świat nosi? No niemało przecież. Że może w imię jednego lub drugiego będzie katować siebie i otoczenie swoim ciałem. Ale póki co…

Ona. Nie. Ma. Roku.



Wara.

TSM

P.S.: Jestem też tu.
Trwa ładowanie komentarzy...