O autorze
Taka Sobie Matka, całkiem niczego sobie żona, sama sobie pani, ster i okręt (pękata, sunąca powoli barka raczej niż śmigły uwodziciel fal). Zwolenniczka macierzyństwa przez małe m i życia przez duże Ż.

Szkoda życia

Jemy obiad. Pomidorowa z ryżem. Zupy już prawie nie ma na koszulce, ryż jest – na koszulce, na krzesełku, na stole, na czubku psiego nosa spokojnie czekającego na chrząstki z kurczaka. A im bardziej jest wszędzie, tym bardziej moje pedantyczne (nie mam pojęcia po kim on to ma, NIE po mnie) dziecko chce go posprzątać – koniecznie łyżeczką, bo przecież duzi chłopcy nie jedzą palcami.

Łyżeczka katapultuje pojedyncze białe pałeczki coraz dalej i dalej (rośliny nasienne powinny w swoim cyklu reprodukcyjnym przywabiać łyżeczki); w końcu, gdy jedna kończyna nie radzi sobie z podniesieniem krnąbrnego ziarenka z siedzenia, dołącza do niej druga, po drodze łokciem strącając miseczkę. Ryż zaściela nierównym kobiercem całą jadalnię, komputer, nogę Młodej, kawałek kanapy. Junior jest zaskoczony, pies wniebowzięty. Kurtyna.

Znam ludzi, którzy (bardzo na głos) uważają, że wszystko, co zrobi nieporadne dziecko, z definicji jest słodkie. My do tej kategorii nie należymy. Lepka, heterogeniczna, tłustawa masa na podłodze nie jest słodka.

Mój mąż wzdycha i po chwili refleksji, zbierając ryż z tych powierzchni, których pies lizać nie powinien, mruczy: no, ale jak można się wściec o coś takiego? Po czym po drugiej chwili stwierdza: można. I ja dokładnie wiem, co ma na myśli.

Wyobrażam sobie siebie po ośmiu godzinach pracy (dziewięć-dziesięć z dojazdem), po dniu nawet nie tyle złym, ile zwykłym, nużącym i szarym, głodną, spóźnioną ze wszystkim, nie mającą pojęcia, co zrobić jutro na obiad, potykającą się o sterty niewyprasowanego prania, zbyt zrytą nawet na pudelka, marzącą tylko o chwili, kiedy będę mogła usiąść na krześle i popatrzyć w ścianę.

Albo inaczej: wyobrażam sobie, że od dziesięciu godzin jestem zamknięta sama z dziećmi. Któreś ma gorszy albo lepszy dzień i robi się ze mną niekompatybilne. Mój mąż już piętnaście minut temu miał wrócić z pracy, żebym mogła zobaczyć tego pudelka, NIE oglądając przy tym świnki peppy. Zazdroszczę mu każdej minuty w tym pieprzonym korku.


Wyobrażam sobie, jak w obu przypadkach bardzo pragnę, żeby moje dziecko zjadło szybko i czysto, żebyśmy mogli zająć się jakąś niewymagającą wysiłku zabawą, na zmianę z moim partnerem, patrzącym na mnie tym samym wzrokiem. W slotach po pół godziny, aż w końcu wybije siódma.

W tym wszystkim wyobrażam sobie ten ryż.

Żyjemy w bardzo uprzywilejowany sposób. Nasz tryb pracy ma wiele wad, ale pozwala nam na samodzielne wychowywanie dzieci i nie stawia nas przed wyborami, których nie chcemy dokonywać. Jesteśmy z Młodymi prawie cały czas, razem lub na zmianę, żadne z nas nie poświęca więcej niżby chciało. A przede wszystkim mamy czas. Nie na dodatkowe nader kształcące zajęcia dla bachorów, nie na rozwijającą umysłowość jogę dla nas – mamy wystarczająco wiele czasu, żeby przez ten cholerny ryż nie trafiał nas szlag. Nie każdy tak ma, mimo rocznego macierzyńskiego i coraz dłuższych tacierzyńskich.

W święta jest jeszcze gorzej. Dlatego niniejszym ja ciebie, Matko Czytająca, rozgrzeszam z ryżowej irytacji, ba!, z ryżowego wrzasku nawet. W zamian mi obiecaj, że jak już się uspokoisz i nadgonisz z robotą, jak weźmiesz prysznic i odetchniesz, to sobie zdasz sprawę, że to nieistotne w sumie. I przypomnisz mi o tym.

Na ryż na podłodze szkoda życia.

TSM

P.S.: Jestem też tu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...