O autorze
Taka Sobie Matka, całkiem niczego sobie żona, sama sobie pani, ster i okręt (pękata, sunąca powoli barka raczej niż śmigły uwodziciel fal). Zwolenniczka macierzyństwa przez małe m i życia przez duże Ż.

Zamknij mordę, Kasiu.

Proszę pani, ja bym nigdy, przenigdy się tak do dziecka nie odezwała. Żeby nie wiem co, jak tak można?

Oburzenie troszkę traciło na tym, że wózek hurgotał jak opętany, zgrywając się w tym hurgotaniu z przeraźliwym krzykiem niemowlęcia w jakieś niesamowite, upiorne duo. A właściwie trio, bo druga Oburzona też wlokła za sobą piskliwy bagaż, nadający na wyższych tonach tę samą melodię. Chwilę wcześniej unisono z nimi darło się jeszcze jedno pacholę, dziecko Oburzającej, niczego nieświadomej, odpływającej właśnie w dalszą podróż swoim wehikułem.

A było tak (wiem, bo Druga w ogóle mało się dziera i mogę podsłuchiwać do woli, rozparta na ławce w mojej prywatnej wewnętrznej Loży Szyderców): w trzech kątkach miniplacyku zasiadły trzy kobiety. Każda wiozła ze sobą to szczęście, co ponoć największe na świecie, nieporównywalne z niczym i opromieniające radością. Każde z trzech szczęść wrzeszczało wniebogłosy, jak obrzynane ze skóry.

Oburzona Pierwsza jak spod igły. Ubrana, ale nie przebrana, paznokcie robione wczoraj, plecy idealnie proste. Wszystko w ogóle miała proste, wyprasowane. Najbardziej twarz. Miało się wrażenie, że z każdym wzniesieniem się krzyku jej rysy prostują się jeszcze bardziej, choć jeszcze bardziej wydawało się niemożliwe. Spokojna. Opanowana. SPOKOJNA. OPANOWANA. S P O K O J N A. O P A N O W A N A. Głos miała cukierkowy (Oj misiu, czemu tak krzyczysz. Oj kochanie, co się stało. Oj rybeńko, nie trzeba tak), ale palce zaciśnięte na rączce wózka zbielałe, jakby się bała, że jeśli trochę popuści, to mogą zacisnąć się na czymś innym. A może po prostu cała była blada, uroda taka? Może jej ta krew naturalnie tak odpływa, z palców, z warg, z serca?


Oburzona Druga też spod igły. Takiej tańszej. Takiej, że widać wysiłek. Dużo cieplejsza, gorąca wręcz, czerwonawa. Dynamiczna tak, że trudno było nadążyć wzrokiem za ruchem nadgarstka poruszającego wózkiem. Wózkiem-taranem, wózkiem-walcem, żłobiącym coraz głębsze koleiny w przypiaskowym pyle. Nic nie mówiła, przyjmowała taktykę niesłyszenia. Szur szur, szurały kółka. Stuk stuk, stukała w środku główka niemowlęcia.

Trzecia, Oburzająca, nijaka taka. Niby nie całkiem ostatnia, ale i nie z pierwszej ligi. Zmęczona. Nie siliła się na strategie. Widać było, że szlag ją trafiał, pomału, ale nieubłaganie – pooglądać gazetę z obrazkami chciała we względnym spokoju.

Dzieci nie spuszczały z tonu. Napięcie stawało się trudne do zniesienia.

W końcu Trzecia poddała się, wzięła głęboki oddech i wyciągnęła dziecko z gondoli. Pokołysała, pochodziła.

No i czemu tak drzesz mordę, Kasiu?

W jej głosie nie było groźby, była para. Która razem z mordą poszła w gwizdek. Słychać było, jak z niej uchodzi, jak syczy. Kasia (miesięcy może ze trzy, może ze cztery) mlasnęła z ukontentowaniem i na moment ucichła. Trzecia wykorzystała okazję, zwinęła manatki i poszła sobie. Jak gdyby nigdy nic.

A przecież uratowała życie dwojga dzieci. Oburzona Pierwsza na chwilę poluźniła uchwyt, jej zimny cień przestał złowrogo padać na wózek, bo musiała się odwrócić do Oburzonej Drugiej, żeby oburzyć się naprawdę porządnie i poufale. Oburzona Druga z przejęcia przestała tymczasowo dokopywać się ruchem posuwistym do Chin, co dało sfatygowanemu mózgowi jej syna minutę przerwy w obijaniu się o czaszkę.

Jak tak można, niech mi pani powie?

TSM

P.S.: Jestem też tu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...